Wszyscy mamy mało czasu

życie :-)

109.

1.

Bardzo lubię film "Wielka cisza".

Bardzo lubię moją reakcję na ten film - wręcz fizyczną. Prawie czułam (choć wiem, że to raczej niemożliwe), jak na początku oglądania mnóstwo myśli szybko przebiegało mi przez głowę: załatwione i niezałatwione sprawy, spotkania z ludźmi, lista zakupów i takie tam... A potem nic. Cisza. Pustka. Patrzenie na obrazy i chłonięcie ich. Bez analizowania. Taki detoks.

2.

Zepsuł mi się telefon. Zgasł. Jedyne, na co go stać, to wibrujące brzęczenie przy próbach uruchamiania. Takie konwulsje.

No i trudno. To tylko rzecz. Pewnie - jak zawsze - nie wszystko było zapisane na karcie, więc przepadnie. No i jak zawsze przy stratach - ukłucie w koniuszek serca, smuteczek gdzieś na dnie człowieka...

A może to taki oczyszczający kataklizm?

3.

Od jakiegoś czasu ciągle coś się tłucze... Najpierw był czajnik. I tu - przyznaję - mój ból był rozdzierający jak wtedy, gdy, pisząc pracę magisterską, słyszałam (sic!) pękanie spodeczka od filiżanki, którą dostałam na 18-tkę. Czajniko-dzbanka też mi będzie żal. Może oddam go w dobre ręce kogoś, kto potrafi zrobić użytek z wciąż sprawnej części grzewczej, a z reszty może powstanie ekscentryczna doniczka?

Ale jeszcze nie teraz. Na razie nie mam serca, żeby cokolwiek z nim zrobić. Kwarantanna. A może raczej żałoba. Oswajanie i godzenie się ze stratą. Czajnik stoi na szafkach w kuchni i czeka aż się oswoję z jego końcem.

4.

Tydzień temu Krzyś rozbił kubeczek-doniczkę, w którym było konfetti. Nie zmartwiło mnie to jakoś bardzo, bo (odłożone na jakąś bliżej nieokreśloną okazję w przyszłości) konfetti widowiskowo rozsypało się na podłodze i moim zdaniem wprost genialnie podkreśliło atmosferę święta, jakim było rodzinne spotkanie. Poza tym dzieci mają dar niszczenia z urokiem. Te wszystkie potrącenia, strącenia bądź nadepnięcia czynione z jakąś nonszalancją, naturalnością i niewinnością są po prostu piękne. Do dziś pamiętam skaczące po posadzce przemyskiej katedry perłowe koraliki z rozerwanego dziecięcą rączką naszyjnika. Piękne!

A małe kolorowe kółeczka konfetii, które rozniosły się po najróżniejszych zakamarkach mieszkania (bo przecież nie posprzątałam ich od razu), wciąż się gdzieś odnajdują i wprawiają mnie w dobry nastrój.

Pasiasty kubeczek-doniczka został sklejony i choć wyszczerbiony nadal pełni swoją funkcję przechowywania - tym razem kolorowych, papierowych taśm o długości metra.

MM przypomniała mi ostatnio, że to bardzo chrześcijańskie spojrzenie na świat. Na wczoraj nie masz już wpływu, jutra może nie być. Jedyne, co masz, to dziś.

Po co odkładać rozsypywanie konfetti na kiedyś? Lepiej rozsypać je dziś! :-)

5.

Portugalski kogut... czyli magnes z lodówki stracił głowę. Prawdopodobna wersja to taka, że pomogły mu w tym pewne małe rączki, ale istnieje też nikła szansa, że sam skoczył. W każdym razie czeka na sklejenie, które jednak na razie nie nastąpi, bo wciąż brakuje mu głowy. Jest tułów z szyją, jest piękny czerwony grzebień i brakuje tylko tego elementu pomiędzy... Akcja poszukiwawcza trwa.

Ach, mój miły kogucie, kogucie...

6.

Wczoraj nie zrobiłam zbyt wiele pożytecznych rzeczy, bo wszystko kręciło się wokół kolejnych prób i sposobów reanimacji telefonu. A potem poszukiwań starego aparatu, który jednak - jak się okazało po zajrzeniu w możliwe miejsca przechowywania - wywiozłam... Efektem poszukiwań był więc tylko dodatkowy bałagan i ból głowy (choć ten ostatni zaczął się wcześniej i być może ma zupełnie inną przyczynę).

Dziś uświadomiłam sobie, że najbardziej na świecie chciałabym komuś o tym powiedzieć, np. zadzwonić do kogoś bliskiego i po prostu pomarudzić, pożalić się, jakie to wszystko bez sensu. I powtórzyć trzysta razy pytanie retoryczne: i po co to?

A jednak ... nie zadzwonię i nie odbiorę żadnego telefonu prywatnego ani zawodowego.

Cisza. Wielka cisza. I gonitwa myśli w głowie. Aż wyłączyłam radio, żeby je usłyszeć.

Miałam w ten weekend jeszcze załatwić (przy użyciu telefonu) parę spraw... I co? I nie załatwię. Mimo to świat się nie zawali. W paru przypadkach wyślę maile. W innych - przełożę na później. Widać to nie były rzeczy, którymi musiałam się zająć właśnie teraz.

A czym mogę zająć się teraz?

Po prawie dobie robienia rzeczy bezsensownych i bezcelowych, zajmuję się tym, na co mam wpływ.

 

http://www.psychologiaprzykawie.pl/uploads/6/5/1/1/65110563/nie-przejmuj-sie_orig.jpg

 

PS

Co mnie natchnęło?

Przede wszystkim wywiad z s. Małgorzatą Chmielewską (aż mam ochotę - choć nie wiem kiedy - przeczytać całą książkę). W dalszej kolejności przypadkowo-nieprzypadkowo odwiedzone strony: Psychologia przy kawie - mądra, przystępna, dobrze napisana (konkretnie, bez zbędnych ozdobników) i Lessons learned in life - stworzona, jak głosi motto: To encourage you to keep going. To remind you to be strong.

A poza tym czasem trzeba przyjąć to, co nas spotyka i powiedzieć: let it be/ niech się stanie.