Wszyscy mamy mało czasu

świetliste refleksy :D

105.

Reading, listening, speaking, writing...  Sprawności językowe... A może trochę też interpersonalne.

Pamiętam, kiedy po egzaminie (tegoroczna lekcja pokory) miałam wrażenie, że czytanie poszło mi lepiej niż słuchanie - wszystko masz przed sobą, możesz wrócić do tekstu, zastanowić się, zmienić zdanie zanim przeniesiesz wszystko na kartę odpowiedzi.
I pamiętam, jak po otrzymaniu wyników się zdziwiłam, że jednak słuchanie - lepiej.

Dziś za to (z mieszanymi odczuciami) odkryłam, że mówienie - sprawność tak bardzo kojarzona z moją osobą - wychodzi mi o wiele gorzej niż pisanie i dla własnego dobra powinnam ją skrajnie ograniczyć - może do poziomu sprzed 20 lat, kiedy byłam po prostu kulturalnym, grzecznym i dobrze wychowanym milczkiem w rodzinie.

Czemu ja ciągle mówię? I czemu nie zdaję sobie sprawy z tego, że NIE MOŻNA mówić szczerze o wszystkim nawet osobom, które się lubi. I w ogóle, że NIE MOŻNA MÓWIĆ. Nie, że nie trzeba, tylko nie można, bo każde twoje słowo MOŻE się obrócić przeciw tobie.

Moje żółte karteczki porozklejane na bocznej ścianie regału i drzwiach to nie tylko złote myśli, mądrości wszech czasów i motywacyjne hity, ale chyba też zasady rządzące światem, które muszę sobie przypominać, żeby jakoś funkcjonować w rzeczywistości.

Czasem myślę, że to nie jest normalne i że muszę mieć jakąś łagodną odmianę zespołu Aspergera. Pewnie z naukowego punktu widzenia to straszna herezja.
Ale... kontakty z ludźmi nie są moją mocną stroną. W pewnym sensie podtrzymywanie znajomości (jakichkolwiek) to dla mnie obowiązek; żeby zadziałało muszę wykształcić w sobie nawyk, a nawet rutynę... Pamiętać, że wypada zadzwonić bez powodu, że od czasu do czasu dobrze jest się zobaczyć itp. Dlatego świetnie układają mi się relacje z ludźmi, którzy nie mają mi za złe nieodzywania się przez pół roku (albo i kilka lat), za to - podobnie jak mnie - cieszy ich sama świadomość, że gdzieś tam jest ktoś, kto dobrze o tobie myśli i dobrze ci życzy; ktoś, z kim - nawet po latach niewidzenia się, niedzwonienia i niepisania - rozmawia się tak, jakby nigdy żadna rozłąka czy przerwa w komunikacji nie nastąpiła.
Do tego nie lubię zmian - ciężko je znoszę, z trudem się do nich przygotowuję.
Moja sprawność fizyczna pozostawia wiele do życzenia (nie nauczyłam się pływać, nie cierpię jeździć na rowerze, jazda na nartach - choć jest niezła, wymaga ode mnie za każdym zjazdem pokonywania i przełamywania siebie. Traktuję sport - tak jak wiele innych rzeczy - jako kolejne zadanie do wykonania, a nie przyjemność).
Choć z drugiej strony... jestem inteligentna (choć pewnie nie aż tak, żeby należeć do Mensy), rozumiem ironię i metafory... więc niby spoko:-) A jednak - w jakimś sensie - jestem odklejonym od stadnego życia autystykiem.

Mówienie idzie mi słabiej, bo zawsze wiąże się z odbiorcą, przeważnie z akcją-reakcją. A pisanie - zawsze jest trochę do siebie. Nawet jeśli do kogoś - to tym pierwszym 'kimś', kto czyta, jest ten kto pisze. No i zawsze jest gwarancja, że przynajmniej z tą osobą uda ci się porozumieć tak jakbyś sobie tego życzył. :-)