Wszyscy mamy mało czasu

zamyślona...

104.

Szczerze - trochę się 'katuję' tą piosenką, ale ma taki piękny, melodyjny, kołyszący refren, że nie mogę się oprzeć i od doby słucham i słucham...To ten typ utworu, że dam sobie spokój dopiero, kiedy zrobi mi się niedobrze (tak dosłownie, fizycznie niedobrze). Mam teorię na ten temat [bo dziwne, gdybym nie miała:-)]. Kiedy się czegoś słucha w kółko, ciało zaczyna się kiwać/bujać/huśtać w rytm, co sprawia, że środek człowieka czuje się tak, jakby od kilku godzin kręcił się na karuzeli no i... wiadomo, robi się niedobrze.

A to było tak. Wczoraj coś mnie zaczarowało na ponad 3 godziny. I okazało się, że - mimo odłożonych na bok obowiązków - to nie był stracony czas. Bynajmniej! A po powrocie, mimo że było późno, miałam więcej energii niż ok. 17:00. To był oddech. W pewnym sensie konieczność skupienia się tylko na tym, co tu i teraz i kompletne oderwanie się od tego, co gdzie indziej, choć - mam wyrzuty, bo chyba zagadałam wspaniałą osobę, z którą miałam przyjemność spędzić ten wieczór, ale... to chyba dlatego, że dawno się nie widziałyśmy, a może dlatego, że kiedy człowiek chce coś chłonąć musi mieć miejsce w środku (czyt. coś trzeba z siebie wyrzucić; w tym przypadku: wygadać się).

No i potrzebna energia się odnalazła. Dziś też OK, tzn. strasznie jestem zmęczona, ale dużo rzeczy się udało zrobić, załatwić, poinformować, wyjaśnić, przegadać, przemyśleć, a nawet zaplanować przebiegłe rozwiązania itp., itd.

I trochę to straszne, że w niedawny długi weekend przez pierwsze 3 dni czułam się fatalnie i naprawdę nie do życia i chyba rzeczywiście musiałam "odchorować", a teraz w tym wirze i niedosypianiu i bałaganie - jestem jak ryba w wodzie. I dużo, bardzo dużo rzeczy się udaje, tylko - czy ja naprawdę już nie umiem inaczej funkcjonować?

Wczoraj rozbawiłam Paulinę komentarzem, że to piosenka o moim mieszkaniu: "There's a beautiful mess inside..." i naprawdę coś w tym jest:-) A kiedy późnym wieczorem wróciłam i spojrzałam na ten 'mess', to zdałam sobie sprawę, że nigdy nie odbieram takiego stanu bałaganu pozytywnie, a może właśnie czasem trzeba sobie powiedzieć, że to piękny bałagan, że on mówi o tym, że coś się dzieje, jest w procesie, tworzy się i zmienia.

W tym pięknym bałaganie odkryłam dziś rano, że dla mnie w oglądaniu niektórych sportów nie chodzi o oglądanie tylko o słuchanie komentarzy:) "(...) bo byli zbyt wyczerpani po zgrupowaniu w Arłamowie." W tym pięknym bałaganie rozegrało się parę ważnych rozmów (za jakiś czas zobaczymy, jaki będzie efekt). W tym pięknym bałaganie zaszkliły mi się oczy, kiedy przeczytałam o śmierci Andrzeja Niemczyka - pamiętam jak w związku z chorobą zrezygnował z bycia trenerem i jak zawsze wzruszało mnie, że te dziewczyny, które trenował, naprawdę zrobiłyby wszystko, co by im kazał - tak bardzo mu wierzyły i ufały, bo on tak bardzo sobie na to zaufanie i wiarę zapracował.

W tym pięknym bałaganie toczy się moje życie. I chyba dotarło do mnie, że tego bałaganu nie da się posprzątać.

Ale to nie chodzi o mieszkanie, prawda? I też nie o dziwny świat na zewnątrz.

"How can you stay outside?
there's a beautiful mess inside..."

 

No i naprawdę nie wiem, na czym to polega, ale jest w tym jakaś pogoda, pogodzenie się i optymizm.