Wszyscy mamy mało czasu

życie :-)

47.

Od dwóch dni przeżywam egzystencjalny, rozdzierający ból wewnętrzny. Na moim przystanku jest plakat promujący książkę Janusza Głowackiego "Przyszłem". Nie udało mi się w sieci znaleźć odpowiedniego zdjęcia, ale za to znalazłam zdjęcie ze stolycy, a przy okazji bloga, do którego jeszcze pewnie kiedyś zerknę, bo dobrze się zapowiada.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że PRZEŻYWAM EGZYSTENCJALNY BÓL, bo słowo "przyszłem" boli!!! Boli jak zgrzyt widelca po talerzu, jak dźwięk paznokcia przesuwającego się po styropianie, jak wrząca kawa czy zmrożone lody kontaktujące się z uszkodzonym szkliwem zębów, jak uderzenie tępym narzędziem w piszczel, jak... itp. itd. Najgorsza jest świadomość, że jutro rano odruchowo pewnie znów tam spojrzę i znów mnie zaboli "przyszłem".

A w poniedziałek wieczorem w tramwaju widziałam "dresa" czytającego książkę! :-) No, normalnie "serce roście, patrząc na te czasy". :-) A tak bardziej poważnie - naprawdę mnie ucieszył ten widok i prawdziwie rozradował.
Zwykle nie używam słowa 'dres' mówiąc i myśląc o ludziach, bo nie lubię nikogo obrażać ani szufladkować, bo - właściwie - co ja wiem
o tym kimś, żeby go oceniać...
ale tu wyjątek, by podkreślić wyjątkowość tramwajowej scenki rodzajowej.

Jej bohater to mężczyzna, przedział wiekowy: lata 20-te, lata 30-te :-), odziany w spodnie dresowe, grube (czysta bawełna, a nie klasyczny ortalion :-( ), kurtka - może i z klasyczną ortalionowa powłoczką, ale raczej taka puchowa, sportowe obuwie (of course) oraz fryzura - również klasyczna - bez włosów, a w jego rękach książka - nie wiem jaka (na pierwszy i jedyny rzut oka - raczej powieść). Gdy wysiadałam z tramwaju i kątem oka zauważyłam tę przecudną sytuację, czytał właśnie stronę, na której rozpoczynał się "Rozdział ósmy", czyli nie to, że przegląda czy kartkuje... albo sprawdza, co na okładce napisali. O nie, nie! To był prawdziwy, młody, łysy czytelnik tramwajowy w dresie!

A teraz sprzątam i nadrabiam zaległości. Jednocześnie. Po głowie chodzi mi myśl, żeby zarwać tę noc, ale "wyjść na prostą" bez odkładania czegokolwiek na później. No nie wiem... Jeszcze się nie zdecydowałam. Na razie walczę. Spróbuję. Tyle, ile się da. Odeśpię
w weekend.